Muzeum Historii Żydów Polskich

„Czy ja śnię?”

Z PCK pan Ryszard dostał adres ocalonej i z informacji otrzymał numer telefonu. Dzwonił kilkakrotnie, nie mógł się jednak przemóc, by rozpocząć rozmowę i dopiero za szóstym razem na pytanie, w jakim języku chce rozmawiać, odpowiedział „Polish”.
„Polish? Rysiu to Ty?! Rysiu czy rodzice Twoi żyją? Ja nie słyszę, ja nie widzę, ja jestem staruszka, ja ledwo się poruszam o lasce, na wózku właściwie powinnam jeździć. Słuchaj, napisz do mnie wszystko, napisz, przyjedź, bo ja muszę Cię przed śmiercią zobaczyć.”
Jedyne co pan Ryszard mógł zrobić, to kupić bilet do Melbourne i lecieć. Kolejnym dziwnym zrządzeniem losu było to, że właśnie w Melbourne przebywali kuzyni Sprawiedliwego, którzy wyjechali na kontrakt do Afryki, a później zamiast wracać do Polski, gdzie ogłoszono stan wojenny, wyjechali do Australii i tam zamieszkali. Na miejscu zajęli się Panem Ryszardem, a on spotkał się z panią Pauliną oraz Jasią, jego rówieśnicą strasznie już wtedy schorowaną. Pani Paulina zgłosiła rodzinę Zielińskich do medalu Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata. 26 maja 1999 roku Instytut Yad Vashem w Jerozolimie przyznał pośmiertnie medal Zbigniewowi i Kazimierze Zielińskim i ich synowi Ryszardowi za bezinteresowną pomoc w czasie wojny, niesioną z narażeniem życia całej swojej rodziny.


Ocaleni

Po szczęśliwym spotkaniu państwa Berek i ich córki Jasi okazało się, że reszta rodziny niestety nie miała tyle szczęścia. Jak już wspomnieliśmy, planowali oni na czas Powstania znaleźć lokum, gdzie wszyscy mogli zamieszkać. Niestety, o tym mieszkaniu dowiedzieli się także Niemcy i cały budynek spłonął wraz z mieszkańcami. Rodzina Zielińskich wróciła do Warszawy w 1945 roku i zastała swoje dawne mieszkanie przy placu Narutowicza splądrowane. Nie było szyb, ale na ścianie pozostały talerzyki, które do dziś wiszą na ścianie w jednym z pokojów w mieszkaniu pana Ryszarda. Po wojnie, państwo Berek przenieśli się początkowo do Łodzi, ale nie radzili sobie w trudnej, powojennej rzeczywistości. Wyjechali więc do Paryża, ale w końcu wylądowali w Australii, w Melbourne. Od momentu, kiedy tam zamieszkali relacje się zerwały, ówczesna władza ludowa w Polsce zakazywała wszelkich kontaktów z szeroko pojmowanym „Zachodem”. W taki sposób minęło wiele lat, w tym czasie rodzice pana Ryszarda zmarli, a on sam założył własną rodzinę. W roku 1998 dostał list od Polskiego Czerwonego Krzyża. Po wizycie w siedzibie PCK dowiedział się, że poszukuje go niejaka pani Paulina Berek.

„Dziadku, ale to niemożliwe”

Bydlęcy pociąg wiózł ludzi do wielu obozów pracy, obozów koncentracyjnych. Na każdym przystanku rozdzielano ich zgodnie z wytycznymi komisji. Po dotarciu do obozu rozdzielczego Meinkingsburg (między Hanowerem a Bremą), pan Ryszard był tak spragniony, co nie było dziwne, jeśli nie miało się w ustach niczego od kilkunastu dni. Oprócz miski z deszczową wodą nie znalazł nic, czym mógłby zaspokoić pragnienie. Kiedy Sprawiedliwy opowiadał tę historię swojemu wnukowi, on nie mógł uwierzyć i twierdził, że dziadek na pewno żartuje. Jednak w rzeczywistości tak było – pan Ryszard nie wytrzymał z pragnienia i „deszczówkę” wypił. Niemcy słyną ze skrupulatności i dzięki temu, że wszystkich ludzi umieszczano w rejestrach, matka pana Ryszarda dowiedziała się, gdzie jest jej syn. Po pewnym czasie dostał od niej list, z którego dowiedział się, że dziwnym zrządzeniem losu, jego ojciec wylądował w prywatnym szpitalu i dochodzi do zdrowia. W życiu rodziny pana Ryszarda mamy do czynienia z mnóstwem przypadku, dziwnych trafów, które pan Ryszard nazywa cudami. Takim cudem było też ocalenie pana Kazimierza, który prawdopodobnie nieco „nieczystą drogą” wyszedł z Pruszkowa, a później dostał pracę u sołtysa. Po robotach Sprawiedliwy wraz z panią Pauliną wrócili do Polski. Ciocia Pola zawiozła go w bezpieczne miejsce, a sama pojechała szukać swego męża.

Czy ja tu jeszcze wrócę?

Po przyjeździe do Pruszkowa zaopiekowano się ojcem i umieszczono go w szpitalu. Rannemu towarzyszyła żona, jedynie ona mogła wejść do środka, a pan Ryszard został zatrzymany pod bramą. Pełen przerażenia, zapłakany pozostał bez nikogo, kogo by znał. Patrząc na szereg osób, które przeciskają się pod bramę szpitala, w tłumie pan Ryszard ujrzał wreszcie znajomą osobę, a była to pani Paulina Berek, dla Sprawiedliwego ciocia Pola. Wtedy też pani Paulina nie była już wraz z mężem i po to, aby ją ocalić, umówili się z panem Ryszardem, że on jest jej synem. Jej gwarantowało to życie, gdyż miała dowód, że nie jest Żydówką, miała bowiem aryjskiego syna. Po kilkunastu dniach wszyscy musieli stanąć przed komisją, która oceniała przydatność do pracy. Pan Ryszard wraz z panią Pauliną szczęśliwie zostali ocenieni jako do niej zdolni, oznaczało to wyjazd do Niemiec. Wtedy też Sprawiedliwy zdał sobie sprawę, że czeka go rozłąka z rodzicami. Spotkał wówczas panią doktor, która obiecała zapłakanemu chłopcu, że jeśli wyśle list do szpitala w Pruszkowie, to przekaże go rodzicom. Po tym zapewnieniu wsiadł do pociągu i pojechał do Niemiec.

Piekło

Okolicznych mieszkańców przegoniono na Zieleniak, ten ogromny teren znajdował się przy dzisiejszej ulicy Banacha, idealnie nadawał się do tego, by tam spędzać ludzi. Rannego ojca nieśli wszyscy, nawet dziś Sprawiedliwy określa to jako cud:
„Ja do tej pory jestem zdumiony, że ludzie, którzy potracili wszystko, mieli jedynie swoje dwie ręce, pomagali nam nieść tatę – obcego dla nich człowieka”.
Cały czas szli pod kolbami karabinów, ograbiano wszystkich, gwałcono młode kobiety – a to wszystko na oczach 13 - letniego dziecka. Z Zieleniaka ludzi prowadzono na Dworzec Zachodni w Warszawie, skąd odjeżdżały pociągi do Pruszkowa. W tej podwarszawskiej miejscowości znajdywały się ogromne warsztaty kolejowe, a z racji tego, że były to bardzo duże tereny i posiadały połączenie kolejowe z Warszawą, stały się idealnym miejscem do przewożenia tam ludzi. Droga była straszna, pan Ryszard nazywa ją „drogą przez piekło”, ponieważ prowadziła wzdłuż palących się domów. Matka Sprawiedliwego – pani Kazimiera Zielińska rozkazała wtedy synowi, aby próbował się uratować, jednak pan Ryszard zaparł się i został na miejscu, chcąc być z rodzicami do końca. Na pierwszy pociąg zdążyli jedynie państwo Berek, którzy ciągle towarzyszyli rodzinie Zielińskich. Przed wejściem na dworzec pozostali jedynie ranny ojciec i matka wraz z synem. Zdawali sobie sprawę, że jest to bardzo niebezpieczne, jednak wyczerpani, nie mieli już sił przenieść rannego ojca dalej. Szczęśliwie przed świtem na dworcu pojawili się wieśniacy, którym obiecano, że jeśli sami się zgłoszą, to będą mogli ze sobą wziąć rzeczy. Oczywiście było to kłamstwo. W zamian za pomoc w przenoszeniu ich dobytku, pomogli przetransportować pana Zbigniewa na peron, a później do pociągu.

„To my pójdziemy po zakupy”

1 sierpnia 1944r. ojciec pana Ryszarda nie poszedł do pracy, co spotkało się z wielkim zdziwieniem ze strony rodziny, którą tworzyli już nie tylko państwo Zielińscy, ale także dwójka Żydów mieszkająca wraz z nimi. Nie powiedział dlaczego, jedynie zabrał syna na zakupy. Wracając, wstąpili do sklepu spożywczego i w czasie zakupu śledzi usłyszeli salwę z karabinu. Do domu już nie mogli wracać, gdyż Niemcy strzelali do każdego, kto tylko się poruszył. W nocy jednak postanowili dokonać nie lada sztuki i ranem powrócić do domu. Ciągle go widzieli, ale brama była pod ostrzałem, jednak przylegające do siebie domy miały przejścia, pozwalające przechodzić z jednego budynku do drugiego. Udało im się wejść do jednej z kamienic oraz na ciche podwórko, z którego widać już było okna ich własnego mieszkania. W pewnej chwili pan Ryszard zorientował się, że nikogo nie ma obok siebie. Odwrócił się i ujrzał swego ojca, leżącego na podłodze. Jak sam mówi po latach:
„Dostał fatalnie, wątroba i nerka.”
Znaleziono lekarza, który wyjął kulę i dzięki temu ojciec szczęśliwie przeżył. Niestety, nie mógł się ruszać i jedynie leżał. 10 sierpnia usłyszano głosy: „Raus, raus, raus”, a po wyjściu z budynku okazało się, że przyszli nie Niemcy, tylko oddziały ukraińskie. Przeszły one na stronę niemiecką po tym, jak Hitler obiecał im niepodległe państwo w zamian za pomoc w walce zbrojnej.

Rodzice u sąsiadów

„Zbliżała się godzina policyjna. Z ciocią Polą i wujkiem Kazikiem w mieszkaniu pozostałem sam, ponieważ rodzice poszli do sąsiadów. Na podwórzu słychać tupot podkutych butów, aż nagle dzwonek do drzwi i słowa oficera: do pana Zielińskiego.”
Dramatycznie relacjonuje pan Ryszard, jeszcze dziś opowiada o tym z przerażeniem w oczach. Szczęśliwie pan Kazimierz zdążył zamknąć skrytkę, a zawsze podejrzliwi Niemcy nie odkryli, że parapet jest wysuwany, a pod nim siedzi pełen strachu uciekinier z getta. Wtedy też panowie Zbigniew i Kazimierz musieli zniknąć na kilka dni, gdyż było podejrzenie, że wkrótce w domu znowu pojawią się oficerowie. Na szczęście nie pojawili się i ojciec pana Ryszarda oraz ukrywany pan Berek mogli wracać do mieszkania, było to na kilka dni przed urodzinami pana Kazimierza. Wtedy też rodzice pana Ryszarda wpadli na równie szaleńczy pomysł, co podawanie się w czasie odliczania za Żyda pracującego poza gettem przez pana Zbigniewa. Postanowili zorganizować spotkanie całej rodziny. Już wtedy rozmawiali o miejscu, gdzie mogliby przetrwać wszyscy Powstanie Warszawskie, o wybuchu którego byli przekonani. Jednak losy potoczyły się inaczej. Paulina i Kazimierz Berek pozostali u rodziny Zielińskich i na początku sierpnia 1944 roku stracili kontakt z krewnymi…

Pierwsze wpadki

Coraz częściej słyszano o zatrzymaniach osób ukrywających Żydów, w tej sytuacji trzeba było pomyśleć nad skrytką, by w razie jakiejkolwiek rewizji w mieszkaniu, uniknąć „wpadki”. Sposobów było wiele, np. zabudowanie alkowy czy przesunięcie ścian. Państwo Zielińscy wraz ze znajomym, byłym wiślanym piaskarzem, wpadli na jeszcze inny pomysł. Pod parapetem znajdywały się duże zagłębienia i ściana. Aby znaleźć miejsce, trzeba było pozbyć się kilku warstw cegieł. Szczęśliwie po kilkutygodniowych pracach, którym towarzyszyło wiele hałasu, udało się zakryć powstałą dziurę i na wszelki wypadek pan Kazimierz mógł się tam schować. Kilka tygodni później miało się okazać, że cała konstrukcja była bardzo przydatna…

Ciocia Pola i wujek Kazik

Któregoś dnia w roku 1943, ojciec Sprawiedliwego wrócił z pracy pod rękę z pewną kobietą. Aby przejść na drugą stronę muru, pan Zbigniew przedstawił ją jako swoją żonę i szczęśliwie udało im się przedostać. Dla pana Ryszarda była zwyczajnie ciocią Polą. Sąsiadom, dla bezpieczeństwa została przedstawiona jako koleżanka mamy, która na jakiś czas przyjechała w odwiedziny. Dołączył do niej mąż – Kazimierz. Jego przejście na drugą stronę było dużo trudniejsze, gdyż miał on zdecydowanie semicki wygląd, dlatego trzeba było wyprowadzić go inaczej. Do tego celu użyto kosza na obierki (tego samego, w którym przeleżał całą noc mały Dawidek) i następnego dnia pan Kazimierz mógł zamieszkać w domu przy ul. Filtrowej. Państwo Berek byli jedną z tych szczęśliwych rodzin, którym udało się wydostać z getta. Dzięki licznym znajomościom po aryjskiej stronie obaj bracia pana Kazimierza wraz z rodzinami, znaleźli swoje lokum. Ze względów bezpieczeństwa, ich córka Jasia, rówieśniczka pana Ryszarda, zamieszkała wraz ze znajomymi na ulicy Ogrodowej. Aby umożliwić kontakt z rodziną wśród zaufanych ludzi stworzono „siatkę”, w której każdy miał swoją rolę. Zadaniem pana Ryszarda było przewożenie listów, kontaktowanie się z najmłodszym z braci pana Kazimierza, mieszkającym przy ul. Pięknej. Do dziś pan Ryszard ilekroć przechodzi przez tę ulicę w sercu Warszawy, zagląda, czy nadal istnieje brama z beżową kostką.

Czy można oszukać liczby?

Pan Zbigniew Zieliński w fabryce poznawał coraz więcej osób pochodzenia żydowskiego. Ponadto wiedział też, z kim rozmawiać na „te” tematy, a z kim unikać kontaktów. Getto zostało zmniejszone, a ludność żydowską systematycznie wywożono do obozów. Aby uniknąć śmierci, każda z osób mieszkających po „tamtej” stronie, szukała za wszelką cenę sposobu na ucieczkę. Wraz z upływem czasu, ojciec pana Ryszarda miał w głowie coraz więcej pomysłów na to, jak pomóc ludziom, zagrożonym śmiercią. Do wielu prac, także tych, które się odbywały po aryjskiej stronie, Niemcy zatrudniali Żydów. Była to doskonała okazja, aby uciec. Nie było to jednak takie proste, gdyż przy każdym wyjściu do pracy i po powrocie z niej, grupa była odliczana. Ojciec Pana Ryszarda wpadł na pomysł, aby w trakcie powrotu do getta wskoczyć do szeregu i założyć wcześniej przygotowaną opaskę, którą musieli nosić wszyscy Żydzi. Przy odliczaniu liczba się zgadzała, a potem pan Zbigniew wracał z getta, ponieważ miał przepustkę, którą miał z racji pracy w fabryce. Jak sam pan Ryszard mówi, było to szalenie niebezpieczne, ponieważ, jeśli ktokolwiek dowiedziałby się o tym, ojciec Sprawiedliwego nigdy już nie wróciłby z pracy. Tam pan Zbigniew poznał małżeństwo państwa Berek - Kazimierza oraz Paulinę, przed wojną współwłaścicieli fabryki przy Ogrodowej…

Czy ja mogę już mówić?

Praca w fabryce była długa i żmudna. Pozostawianie dzieci bez opieki w domach groziło ich utraceniem. Jedynym sposobem na jakąkolwiek kontrole nad malcami było zabranie ich ze sobą do pracy. Takich działań oczywiście zakazywano. Dlatego starano ukryć jak najlepiej wszystkich podopiecznych. Jednak Niemcy przeczuwali, iż takie przechowywanie ma miejsce. Kilka razy udało się im przyłapać kilka osób na gorącym uczynku. Jedna ze znajomych pana Zbigniewa miała małego synka Dawidka. Bojąc się o niego, codziennie przyprowadzała go ze sobą na halę produkcyjną. Pewnego dnia władze dziewiarni zorganizowały apel specjalny ok. godziny 13:00. Pracownicy przeczuwali, iż Niemcy będą starać się odnaleźć ukryte dzieci. Pan Zbigniew wpadł na pomysł, aby ukryć Dawida w pojemniku na wycinki - maluch na pewno wytrzyma parę godzin. Matka wyjaśniła dziecku, iż pod żadnym pozorem nie może się odzywać, dopóki po niego nie wrócą. Dziecko jedynie pokiwało głową, a pokrywa pojemnika zamknęła się zostawiając go samego z wszechobecną ciemnością. Apel się przedłużał. Trwał do zakończenia pracy. Padło zarządzenie natychmiastowego opuszczenia terenów fabryki od podwórza. Nastała ogromna panika, lecz jedyną możliwością ocalenia siebie i dziecka było wysłuchanie rozkazu. Całą noc czekano na wybicie godziny 5:00. Gdy ta nastała pośpiesznie wszyscy udali się, aby ratować Dawidka. Znaleźli go ledwo żywego. Był cały siny, zimny, drżał. Po otworzeniu wieka wypowiedział jedno pytanie: "czy ja mogę już mówić?.

Za co dalej żyć?

Getto zostało zbudowane. Mury stawiane powoli wzrastały coraz wyżej i wyżej. Mierzyły wysokość dorosłego człowieka, z czasem przerosły go dwukrotnie. Jego budowniczymi byli sami Żydzi, a także Polacy. Po wysypaniu drobnych kawałków szkła na świeży beton wszyscy wiedzieli, iż budowa została zakończona. Wprowadzona została bariera pomiędzy życiem prawdziwym a życiem obłudnym, w ubóstwie i beznadziei.
Zbigniew Zieliński otrzymał pracę w dziewiarni "na produkcji". Fabryka znajdowała się na ulicy Ogrodowej, po "tamtej" stronie. Aryjczycy, aby dostać się do pracy potrzebowali specjalnych przepustek, które upoważniały ich do przejścia za mur. Przebywając całe dnie wewnątrz getta ojciec pana Ryszarda zdobył dużo nowych znajomości z Żydami. Mimo grożących niebezpieczeństw pan Zbigniew przynosił jak najwięcej pożywienia do getta, a także szmuglował wszystkim, co było na sprzedaż na drugą stronę. Jedyne, co można było kupić, oczywiście w określonych ilościach, to czarny, gliniasty chleb, a także marmoladę z buraków. Ale głód czuje się tylko na początku. Po kilku dniach przestaje być tak uciążliwy, a z czasem człowiek się do niego przyzwyczaja, nie myśli się o nim. Do życia potrzebna jest praca. Do życia przekonuje nas chęć pomocy innym, bardziej cierpiącym.

Szczęśliwy powrót

Po wkroczeniu Niemców do miasta, zajęciu najlepszych miejsc w hotelach, pozamykano wszelkie instytucje państwowe, także Najwyższą Izbę Kontroli, w której pracował ojciec pana Ryszarda. Wtedy wraz z matką, Sprawiedliwy zdał sobie sprawę, że po powrocie z wojny, ojciec nie będzie miał gdzie pracować. Po kilku dniach od wybuchu wojny, w drzwiach mieszkania na pl. Narutowicza, ukazał się wychudzony, poobijany, ale pełen szczęścia z faktu, że powrócił do rodziny, pan Zbigniew Zieliński, mąż Kazimiery i ojciec małego Ryszarda. Po powrocie dowiedział się, że musi sobie szukać pracy. W tym czasie Niemcy odbierali, przejmowali wszystkie fabryki i scalali je w jedną spółdzielnię. Dotychczasowi właściciele w zamian za dobrowolne oddanie swojej własności, mieli możliwość zatrudnienia się w niej. W sposób szczególny, akcja ta była wymierzona w Żydów, którzy wówczas najczęściej zajmowali się samotnym prowadzeniem zakładów przemysłowych. Jednym z nich była mała fabryczka dziewiarska, trudniąca się produkcją odzieży, przy ulicy Ogrodowej…

I stało się. To, czego można było się spodziewać

Jak już wcześniej wspomnieliśmy, ludność polska w roku 39 była przygotowywana do wybuchu wojny. Plac Narutowicza – miejsce, w którym w tamtym okresie przebywał pan Ryszard, było miejscem strategicznym dla ew. obrony Warszawy. Dlatego też mieszkańcy pobliskich kamienic otrzymali zalecenia, aby w miarę możliwości się przenieść w inne części miasta. Rodzina Zielińskich wraz z 8-letnim synem Ryszardem miała taką sposobność i przeniosła się do znajomych, mieszkających przy ulicy Wspólnej. Jak dokładnie wiemy z lekcji historii, w myśl Białego Wariantu (Fall Weiss), Niemcy dążyli do opanowania strategicznych punktów w Polsce, a jednym z nich była na pewno Warszawa. Dlatego też o 5:00 nad ranem, 1.września 1939 roku, zaatakowano stolicę z powietrza.
Wg pana Ryszarda, odgłosy towarzyszące bombardowaniom to przeżycie, którego nie da się wymazać z pamięci. Mieliśmy okazję zaobserwować w oczach oraz w głosie naszego rozmówcy, że nadal pamięta ten dzień. Nadal w uszach słyszy ten przerażający świst uderzanych pocisków i odgłos walących się budynków… Chyba nie umiemy sobie wyobrazić 8-letniego dziecka, przeżywającego takie chwile w piwnicy i zastanawiającego się wraz z innymi, czy po wyjściu na powierzchnię odnajdzie swój dom.

Te straszne chwile trwały aż do końca września (dokładnie 28.września), kiedy to po poddaniu się Warszawy, pan Ryszard z rodzicami mógł wrócić do swojego domu na pl. Narutowicza. Mieszkanie stało, jedynie od bombardowań nie posiadało szyb. 2 dni potem, do miasta wkroczyły pierwsze oddziały niemieckie. Wtedy też zaczęli wydawać pierwsze rozporządzenia, w języku polskim i niemieckim. Trzeba było zacząć żyć od nowa, jak na razie bez ojca, który był na wojnie. Jak mówi sam Sprawiedliwy, można było zaobserwować wielkie poczucie integracji Polaków w jakże trudnej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Obrazem, jaki pozostał w pamięci pana Ryszarda z czasu okropnego dla niego powrotu do domu, są widoki setek zabitych koni, w wielu przypadkach z widocznymi wnętrznościami.

Silni, zwarci i gotowi.

Niepokoje towarzyszące Polakom przed nadchodzącą wojną, zaczęły pojawiać się już na przełomie lipca i sierpnia. Około 15 sierpnia ojciec pana Ryszarda otrzymał wezwanie do wojska. Mimo wielu akcji przygotowawczych, większość mieszkańców Warszawy zachowywała spokój i nie odczuwała piętna nadchodzących czasów - okropnych czasów. Lato 39 roku było wyjątkowo ciepłe i przyjemne. Każdy pragnął zagarnąć jak najwięcej szczęścia podczas tego okresu. Zieliński wspomina z wielkim sentymentem i radością widok ogromnego plakatu towarzyszącego warszawiakom, na którym widniało kilku mężnych oficerów Wojska Polskiego, a nad nimi hasło wywołujące spokój na twarzach obywateli - "silni, zwarci i gotowi".

Ale przecież to żadna chwała.

Spotkanie ze Sprawiedliwym przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Pan Ryszard okazał się bardzo miłym i rozmownym człowiekiem. Historia, którą usłyszeliśmy była naprawdę fascynująca, ale także pełna bólu i cierpienia. Przeżycia, które towarzyszyły Panu Zielińskiemu, są niewyobrażalne dla człowieka, który nie doświadczył wojny. Mimo ogromnego poświęcenia, ciągłego ryzyka śmierci, a także trudności związanych z przyjęciem pary Żydów do domu, rodzina Zielińskich zdecydowała się na ochronę Kazika i Poli u siebie w domu. Bohaterstwo tego czynu jest oczywiste, lecz pan Ryszard z wrodzoną skromnością po całej opowieści podkreśla, iż według niego:
"to żadna chwała.
Każdy postąpiłby tak samo na moim miejscu".

Niestety po wielu latach od tego zdarzenia z pewnością nie możemy stwierdzić, iż takie zachowania wśród wszystkich Polaków były powszechne, o czym najlepiej świadczy order Sprawiedliwych wśród Narodów Świata przyznawany tylko nielicznym. Dlatego w żadnym stopniu nie możemy się zgodzić z opinią naszego rozmówcy. Jego postawa jest wzorem dla wielu młodych Polaków.

Nim to wszystko się rozpocznie...

Kim tak naprawdę jest ten Sprawiedliwy? Jak zareaguje na nasze pytania? Te wątpliwości towarzyszą mi od kilku dni. „Będzie dobrze, w końcu Sprawiedliwy powinien być dumny z tego, co robił i z należytą dumą opowiadać o tym”. „Może przesadzimy i zadamy za daleko idące pytania?”. Jedna myśl goni drugą… Z jednej strony obawy, a z drugiej : w końcu dowiem się jak to wszystko wyglądało, co skłoniło, aby pomóc w gruncie rzeczy obcym sobie ludziom. Następny wpis już po pierwszym spotkaniu (a jesteśmy umówieni za kilka dni), nie mogę się doczekać pewnych odpowiedzi…