Muzeum Historii Żydów Polskich

Czy ja mogę już mówić?

Praca w fabryce była długa i żmudna. Pozostawianie dzieci bez opieki w domach groziło ich utraceniem. Jedynym sposobem na jakąkolwiek kontrole nad malcami było zabranie ich ze sobą do pracy. Takich działań oczywiście zakazywano. Dlatego starano ukryć jak najlepiej wszystkich podopiecznych. Jednak Niemcy przeczuwali, iż takie przechowywanie ma miejsce. Kilka razy udało się im przyłapać kilka osób na gorącym uczynku. Jedna ze znajomych pana Zbigniewa miała małego synka Dawidka. Bojąc się o niego, codziennie przyprowadzała go ze sobą na halę produkcyjną. Pewnego dnia władze dziewiarni zorganizowały apel specjalny ok. godziny 13:00. Pracownicy przeczuwali, iż Niemcy będą starać się odnaleźć ukryte dzieci. Pan Zbigniew wpadł na pomysł, aby ukryć Dawida w pojemniku na wycinki - maluch na pewno wytrzyma parę godzin. Matka wyjaśniła dziecku, iż pod żadnym pozorem nie może się odzywać, dopóki po niego nie wrócą. Dziecko jedynie pokiwało głową, a pokrywa pojemnika zamknęła się zostawiając go samego z wszechobecną ciemnością. Apel się przedłużał. Trwał do zakończenia pracy. Padło zarządzenie natychmiastowego opuszczenia terenów fabryki od podwórza. Nastała ogromna panika, lecz jedyną możliwością ocalenia siebie i dziecka było wysłuchanie rozkazu. Całą noc czekano na wybicie godziny 5:00. Gdy ta nastała pośpiesznie wszyscy udali się, aby ratować Dawidka. Znaleźli go ledwo żywego. Był cały siny, zimny, drżał. Po otworzeniu wieka wypowiedział jedno pytanie: "czy ja mogę już mówić?.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz